Wiem, wiem. Boisz się popełniać błędy. Nie bój się. Błędy się opłacają. Człowieku, kiedy byłem młodszy, rzucałem moją ignorancję ludziom w twarz. Tłukli mnie bez litości. Ale z czasem, gdy doszedłem już do czterdziestki, mój tępy instrument stał się wyostrzoną szpadą. Jeśli będziesz ukrywał swą ignorancję, nikt cię nie uderzy i nigdy niczego się nie nauczysz.
Ray Bradbury

środa, 12 lipca 2017

Paul Auster – "Trylogia nowojorska"

Autor: Paul Aster
Tytuł oryginału: The New York Trilogy
Rok pierwszego wydania: 1985-1986
Wydawnictwo: Znak, Kraków 2012
Liczba stron: 358
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Przeczytane: 1 maja 2017
Ocena: udane pierwsze spotkanie z Paulem Austerem

"Przede wszystkim rzucało się w oczy, że w niebie trwa wieczny ruch. Nawet w bezchmurne dni, kiedy błękit wydawał się wszechobecny, następowały stopniowe, lecz nieustanne przemieszczenia, drobne zakłócenia, podczas których niebo stawało się raz cieńsze, raz grubsze, błyskały nagle bielą samoloty, ptaki i fruwające papiery. Chmury jeszcze bardziej komplikowały obraz sytuacji, więc Quinn śledził je przez wiele popołudni, usiłując poznać ich obyczaje, żeby nauczyć się przewidywać, co się z nimi za chwilę stanie."

Zacznę od tradycyjnego oświadczenia, że minęły setki, tysiące godzin od przeczytania, a moja mobilizacja leży. I to źle. Wyrzuty sumienia kąsają, nie czytam następnej podrzuconej do Maszyny Losującej Dr Von Fraancka pozycji, bo przecież ciągle wisi nade mną relacja z Austera. Tymczasem "Trylogia nowojorska" to idealna ilustracja dla mojego niedawnego oświadczenia [ŚKF, dyskutujemy o literaturze i Siem zeznaje, że dla niej fabuła to coś w rodzaju koła ratunkowego tekstu, jeśli już nic innego Siem przy tekście nie trzyma – bohaterowie, klimat, to jak tekst jest napisany]. Idealna, bo gdybym chciała powiedzieć o czym to było, ale tak w ramach właśnie fabuły, a nie tego, co uważam że autor chciał powiedzieć, co ja zobaczyłam w tych trzech opowiadaniach, to musiałabym się długo zastanawiać i odpowiedź byłaby mętna. Wiem, bo próbowałam to sobie ułożyć i niezmiennie wychodzi mi, że pierwsze opowiadanie było o pisarzu, który bawił się w detektywa i spacerował po Nowym Jorku, aż zniknął, drugie o detektywie, który obserwował pisarza, a trzecie o człowieku, który dostał w spadku po kumplu z dzieciństwa jego życie. Jak losy tych mężczyzn biegły z chwili na chwilę, co robili po kolei, jakie działania podejmowali, zwyczajnie nie pamiętam. Nie było tego zbyt wiele i tak naprawdę nie te szczegóły były istotne podczas lektury.

"Wejść w Blacka znaczyło więc to samo, co wejść w siebie, a odkąd tkwi w sobie, wydaje mu się wręcz nie do pomyślenia, że mógłby być gdzie indziej."

Istotne było to, jak książka jest napisana, istotny był opis chmur nad Nowym Jorkiem i moja irytacja podlana żalem, gdy bohater trzeciego opowiadania odwiedził matkę kumpla. No i leciutki uśmieszek i poczucie zrozumienia, gdy pisarz numer jeden napotkał przypadkową czytelniczkę swej książki.

To nie jest książka z akcją i fajerwerkami. To nie jest książka o strzelaninach – choć okładka może sugerować coś zgoła innego. Dla mnie "Trylogia nowojorska" to głębokie studium człowieka, jego samotności, pogodzenia się z nią, zrozumienia siebie i tego, że ze świata można czerpać w każdych warunkach i w każdej chwili. Książka o tym, że nigdy nie wiemy, kiedy spadnie na nas coś niespodziewanego i jak się wtedy zachowamy. I że te niespodziewane, nietypowe rzeczy uczą nas czegoś nowego o samych sobie. Że reagujemy na nie i działamy, nawet nie dlatego, że nie mamy innego wyjścia, ale dlatego, że istnieje w nas potrzeba sprawdzenia się.

"– Skoro się pani nie podoba, to po co pani czyta?
– A bo ja wiem. – Po raz kolejny wzruszyła ramionami. – Czas szybciej leci. A zresztą, wielkie halo. To tylko książka, nie?"

Przeczytałam i poczułam Nowy Jork, jakim być może czuje go autor. Przeczytałam i zostałam z westchnieniem i ulotnym wrażeniem smutku. Przeczytałam i wiem, że jeśli coś jeszcze Paula Austera wpadnie mi w ręce, podejdę do książki z zaufaniem. Dobre pierwsze spotkanie. Dziękuję, Lisie, żeś mi Austera podrzuciła!

PS. Następna wylosowana książka to "Stalowy Szczur" Harry'ego Harrisona. Niech się szykuje do przyznania ten, kto mi go podrzucił!

poniedziałek, 10 lipca 2017

Siem zwiedza: rejs z Koźla do śluzy Kłodnica

Dziś na blogu krótki wpis z lokowaniem produktu ;)

Nie macie pomysłu na niedzielę, za to macie Kędzierzyn-Koźle w przyzwoitej odległości? Albo jesteście na wakacjach na południu i zastanawiacie się, co by tu zrobić, żeby było aktywnie?

A może wycieczka statkiem po Odrze i kawałeczku Kanału
Gliwickiego?

Dla mnie absolutna bomba. Siostra Monsza zabrała nas na rejs w ramach imprezy urodzinowej. Za pomysł należy jej się pomnik. 

Dwie i pół godziny na wodzie, dwie śluzy (w tym zabytkowa śluza Koźle otwierana i zamykana ręcznie), interesująca opowieść o dziejach kanału, portu i ogólnie żeglugi śródlądowej. A w bonusie dla natrętnych możliwość odwiedzenia sterówki. 

Wróciłam zjarana słońcem, potargana wiatrem i zachwycona. A do tego zbrojna w nowe doświadczenie (wiem już jak to jest zakręcić dwudziestometrowym statkiem z 1908 roku własnemi ręcami!) i z silnym postanowieniem sławienia, chwalenia i namawiania każdego, kto się nawinie do skorzystania z usług Canal Trans.

Dla chętnych: nieco więcej zdjęć.




wtorek, 4 lipca 2017

I po konkursie...!

Uznałam, że najlepszym podsumowaniem będzie po pierwsze pokarać zwycięzców filmikiem z moją osobą w roli głównej, a po drugie zagrać kartą niespodzianka ;)

video

Jeszcze raz dziękuję pięknie za udział i to na pewno nie ostatni konkurs, jaki dla Was wykombinowałam! Pamiętajcie o sobocie!

[EDIT] Pojawiły się głosy, że filmik tu i ówdzie nie chodzi, więc podaję link do youtube'a: FILMIK

Konkurs! Konkurs!

Ponieważ regularne pisanie na blogu mnie ostatnio przerasta i czynienie sobie samej obietnic poprawy, a także kar wszelakich przestało działać, wpadłam na genialny pomysł zastępczy i postanowiłam zorganizować konkurs, co ma na celu oczywiście podkręcenie licznika wejść bez konieczności intensywnego wynurzania się.

W konkursie do wygrania dwa zestawy książek, których okładki widać obok, czyli oczywiście „Zatopić «Niezatapialną»” (z dowolną dedykacją, a dla odważnych nawet rysunkiem wykonanym osobiście moją nieudolną ręką) z „Zabawą w Boga”, antologią sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki (której jestem dumnym członkiem). W zbiorze pośród dwunastu tekstów sekcyjnych i dwóch gościnnych znajduje się mój „Chirurg”, opowieść porównana przez Beatę Mróz z „Powiało Chłodem” do „Znachora”. OK. Może nieco upraszczam, ale jak to brzmi!

W jaki sposób można wygrać?

Jakiś czas temu na blogu pojawił się pełen zachwytu wpis o tym, jak wizytowałam Muzeum Żeglugi Dunajskiej i podziwiałam statek, który uznałam za inspirację wyglądu M/Z Niezatapialnej. W galerii zdjęć (dokładnie tu) można zauważyć, że na jego burcie widnieją dwie nazwy.

Książki trafią do dwóch pierwszych osób, które wyślą do mnie maila [siemomysla(at)gmail.com] z odpowiedzą na pytanie dlaczego dwie? Skąd się wzięły?

Podpowiem, że wspomniany wpis zawiera wskazówki w postaci sznureczków do różnych źródeł, które służą wszelkimi informacjami. 

Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie i poświęcicie chwilę czasu na szperanie, czytanie i maila. Czekam wytrwale i do skutku.


PS. Z konwentowej beczki: w sobotę 8 lipca wybieram się do Częstochowy na Medalikon, będę opowiadać o rozlicznych sposobach wykorzystania steampunku w literaturze. Do zobaczenia!

czwartek, 8 czerwca 2017

Siem sprawozdawczo: CYTADELA 2017, wernisaż MÓJ SEN i czerwcowe plany

Siem się martwi, bo nie ma czym foto by Marsza
Prawda jest taka, że blog ostatnio podupadł, ale przecież nie zdechł całkiem ;) Dziś podzielę się z Wami fajnymi rzeczami, które ostatnio robiłam.

Między 26 a 28 maja byłam na Festiwalu Fantastyki Cytadela, który odbywał się na terenie Twierdzy Modlin i jestem bardzo wdzięczna organizatorom za zaproszenie. Z pewnością nie jest to moja ostatnia wizyta na festiwalu, a mam też nadzieję, że uda mi się odwiedzić bliźniaczą imprezę, Twierdza, która odbywa się  późnym latem w Giżycku na twierdzy Boyen.

Już lokalizacja festiwalu daje mu z mojego punktu widzenia + milion do zajefajności. Wyobraźcie sobie budynki cytadeli z początku XIX-ego wieku, otaczające rozległy plac, na którym mieści się między innymi wioska namiotowa postapo i obóz wikingów, i na którym tak naprawdę uczestnicy zajmują niewielką przestrzeń. Kazamaty jako miejsce prelekcji, paneli i wystaw bardzo klimatycznie, a na dodatek w obliczu panującego na zewnątrz upału, dające możliwość ochłodzenia się. Tak, ja ten chłód, który niektórym przeszkadzał, odbierałam bardzo pozytywnie. Zresztą ogrom terenu i fantastyczna pogoda pozwalały na przeniesienie części wydarzeń po prostu pod drzewa na trawę. To też mi się podobało ten piknikowy klimat, obecność rodzin z dziećmi, które wpadały na chwilę, żeby sprawdzić o co tu właściwie chodzi i zostawały na dłużej, słuchając zaproszonych gości, podziwiając konkurs cosplay (Szczerbatek!), robiąc zdjęcia i chłonąc fantastyczną atmosferę. Tak się wychodzi z fantastyką w szerszy świat.

Dla uczestników organizatorzy przewidzieli naprawdę ogrom atrakcji od paneli, prelekcji, spotkań autorskich przez strefę graczy w tym kilka LARPów (i naprawdę obiecuję, że kiedyś zdążę wziąć udział w przygodzie na Abraxis) aż po pokazy mody alternatywnej, sesje zdjęciowe, wystawy fotografii. Między tymi ostatnimi były też zdjęcia Darka Nivelisa
Siem rozmawia o pisaniu foto by Marsza
Mysłowskiego z kilku różnych sesji. Oczywiście dla mnie najbardziej ekscytujące były portrety dziewcząt z Niezatapialnej
i mieszkańców Abraxis. Niektóre ze zdjęć inspirowanych panią kapitan i jej załogą widziałam pierwszy raz i przyznam, że się odrobinę rozczuliłam. Chciałam w tym miejscu jeszcze raz podziękować modelkom, fotografowi (także za organizację tej wystawy) i wszystkim zaangażowanym. To niesamowite oglądać takie ucieleśnienie własnych wizji. Darek zadbał także o to, by przy fotografiach znalazł się egzemplarz „Zatopić «Niezatapialną»” i „Podróżnika (opowiadania ze świata Abraxis, które napisałam jakiś czas temu), tak by chętni mogli rzucić okiem. Mieliśmy też chwilę czasu na przegadanie tematu Abraxis" i wkrótce zacznę pracę nad serią opowiadań z tego świata. Wizja Darka bardzo mi się podoba, współgra z tym, na czym lubię się skupiać podczas pisania.

Wspomnę też, że brałam udział w dwóch panelach dyskusyjnych. Podczas pierwszego z Marcinem Przybyłkiem i Klaudią Heintze jako prowadzącą, mieliśmy dyskutować o postaciach kobiecych w literaturze fantastycznej. Przyznam, że mocno odbiegliśmy od tematu, a nawet literatury jako takiej. Za to naszła mnie refleksja, że z pewnych względów ten temat lepiej, by zagrał w prelekcji i obecnie jestem w trakcie prac koncepcyjnych w temacie. Podczas drugiego z Martą Potocką, Krzysztofem Haladynem i Sławomirem Nieściurem, pilnowani przez Monikę Aurayę Czyżowicz i wspomagani aktywnie przez publiczność, usiłowaliśmy dojść do porozumienia w temacie, czy pisania można, czy nie można się nauczyć. Mam nadzieję, że wszyscy uczestnicy czuli się usatysfakcjonowani, bo ja bardzo.

ƒ„Cytadela dała mi mnóstwo pozytywnych doświadczeń i potężny zastrzyk energii. Chciałam też niniejszym podziękować pięknie Marszy z Marszowickich Pól za towarzystwo, wsparcie, wspólne zachwyty nad modlińską cytadelą i oczywiście dokumentację fotograficzną.

Siem i jej Słoniowe Dzieci foto by Agata G.
Z kolei 3 czerwca w moim rodzinnym mieście, Tarnowskie Góry, w gospodzie Kurna Chata miał miejsce wernisaż pod tytułem Mój sen, wieńczący fantastyczny projekt Karoliny Korosiewicz, która zebrała chętnych artystów, a ci na podstawie snów zaproszonych gości stworzyli obrazy. Jednym ze snów, które do końca czerwca można podziwiać w Kurnej Chacie, jest mój sen o pracy dla słoni - odmalowany przez Kamilę Loskot. Uważam, że jej obraz jest perfekcyjny. Zerkam sobie na niego i od razu robi mi się radośnie, swoją wizją trafiła do mnie bezbłędnie :) Każdy obraz dostał też oprawę muzyczną, a także nagranie snu, które można odsłuchać, namawiam wszystkich do odwiedzenia w czerwcu Kurnej Chaty. Warto. Zawsze warto, niezależnie od tej akurat wystawy, ale teraz bardziej ;)


A żeby nie było nudno, na czerwiec zaplanowałam sobie kolejne atrakcje.

Po pierwsze w dniach 16-18 czerwca odbędzie się Seminarium Literackie Śląskiego Klubu Fantastyki. Zaraz na otwarcie mam krótką pogadankę o literackich przedstawieniach steampunku. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać zapraszam serdecznie. Seminarium w tym roku będzie miało nie tylko część prelekcyjną (a tu zwracam Waszą uwagę na sobotnią wieczorną prelekcję w Planetarium Śląskim), ale i warsztatową! Jakub Ćwiek, Alicja Tempłowicz i Michał Cholewa podzielą się swoimi sposobami na pisanie. Bardzo warto zapraszamy serdecznie! Oprócz tego oczywiście tradycyjne ognisko i bankiet z ogłoszeniem Śląkf, a także premiera naszej sekcyjnej antologii Zabawa w Boga, w której między innymi świetnymi tekstami można znaleźć mojego Chirurga.

Po drugie 24 czerwca najpewniej da się mnie spotkać w Cieszynie na LAGconie na pogadance o pisaniu.

To tyle na razie. Stay tuned!